sobota, 7 lutego 2015
Rozdział trzeci. Wędrówka
Rozdział trzeci. Wędrówka
Tak więc zaczynamy kolejny rozdział.
Kolejny etap drogi. Bo drogę uważam za rozpoczętą. Nawet jeśli często wracam do punktu zero, to przecież działam. Próbuje, wspinam się....i boję się - przyznam szczerze, boję piąć się ku górze.
Boję się tego, iż upadek okaże się zbyt bolesny.
Próbując zachować emocjonalny dystans, by w ten sposób ocalić resztki siebie.
Mechanizm obronny chroniący ciało przed destrukcją.
Bo zależy mi. Tak cholernie zależy mi.
A czuję, że im bliżej tym dalej.
miliony telefonów, miliony aktów niechęci.
Ale nie poddaje się (pisząc to nie wiem czy to już prawda). O marzenia trzeba walczyć, prawda? Do końca (a jeśli się nie uda to przecież starało się, dążyło wytrwale.....)
Zaczynamy wędrówkę.
Ubrać należy ciepły szalik i czapkę - temperatura nie będzie zbyt przyjemna.
Miejsce, bowiem do którego się udamy zwie się
p r o s e k t o r i u m.
sobota, 31 stycznia 2015
Rozdział drugi. Szklany sufit.
Rozdział drugi. Szklany sufit
Jest cel.
Jest droga, którą trzeba pokonać.
Jest determinacja, która powoli gaśnie.
Nie ma kierunkowskazu ani mapy.
Wiedziałam, że będzie ciężko, ale nie sądziłam, że aż tak.
Świat do którego próbuje wniknąć mam wrażenie jest bardziej hermetyczny aniżeli świat anoreksji.
Zamknięte środowisko ludzi, którzy niczym hieny bronią zawzięcie swego terytorium.
Nie bacząc na to jaki człowiek stoi przed nimi. Nie ważne czy coś umie, nie ważne czy to robić chce. Nie i kropka.
Nie wpuszczamy go do siebie.
Tak jakbym mogła im zaszkodzić, przeszkodzić....nie wiem.
A może jednak wiem czego tak uparcie bronią....
Świat do którego próbuje wniknąć mam wrażenie bardzo zamknięty jest na kobiety. Zbyt kruche i wątłe? Zbyt emocjonalne i miałkie?
We Wrocławiu jedna kobieta pracuje w tej profesji.
Ja chce być tą drugą.
Oczywiście już zdążyłam usłyszeć, że ma postura stanowi o problemie, że rady na pewno nie dam.
Teraz coraz bardziej wydaje mi się, że to nie trup mnie w przyszłości powali ale niechęć ludzi i zamknięcie na danie mi szansy na rozwój i zdobywanie doświadczenia.
sobota, 24 stycznia 2015
Rozdział pierwszy. Do widzenia.
Zamiast dzień dobry napiszę do widzenia- i nie, nie dlatego, że odchodzę ale dlatego, że ten zwrot najczęściej zapewne usłyszę w przyszłej pracy.
Do widzenia w głębszym sensie. Nieodwracalnym. Nieuchronnym.
Znowu męczę się jak zacząć, jak napisać czy też opisać to co dzieje się w mym życiu
A właściwie co wydarzać się będzie. I wiem, że już dosyć niedomówień, niejasności i tajemnic.
Wielu się zdziwi, wielu się zakrzywi...zapytacie dlaczego właśnie to?
I chyba nie ma jednej odpowiedzi.
Nie ma tej właściwej....
Czy się nie będę bać?
Myślę, że dziewięć lat permanentnego umierania nauczyło mnie obcować z tym tematem.
Pół roku temu, w czerwcowy wieczór zasiało się we mnie ziarno. Ziarnko kiełkowało przeobrażając się w podjęcie decyzji.
Trudnej nie ukrywam.
Nie wiem co mnie czeka, ale wiem jaką drogę będę musiała przejść.
I być może dla jednych będzie to droga zakończona murem, którego nie będę w stanie przebić to czy jeśli tego właśnie chcę, tego pragnę to nie warto próbować?
Przeszkód w moim życiu i tak było już dużo. Udało się. Żyję.
Przeżyłam by teraz zająć się u m i e r a n i e m.
A właściwie formą dokonaną.
Ś m i e r c i ą.
![]() |
środa, 7 stycznia 2015
Dlaczego mnie nie ma.
Zaspany wzrok, kołdra, kubek ciepłej herbaty( ta o smaku truskawkowej babeczki jest przepyszna).
Lajla śpiąca na kolanach. Cisza w domu, lampki choinkowe rozwieszone na ścianie oświetlają puste wnętrze.
Miotając się w swojej bezczynności włączam laptopa i piszę.
Teraz i tu. Wiele razy próbowała już. Za każdym razem przerywając po dwóch zdaniach. Nie umiem? Nie chcę? Boję się?
Tkwię w niepewności, wiecznym czekaniu. A brak dostatecznej ilości cierpliwości czyni mnie wysoce płochliwą istotą. Chciałoby się już. A jak nie już to przynajmniej chciałoby się mieć pewność, że TO się uda.
TO. Wielka tajemnica, która już nie długo zostanie odkryta.
Niby nic wielkiego a dla mnie tak cholernie ważnego.
Ów cel którego tak uparcie szukałam. I znalazł się. W zwyczajny czerwcowy wieczór. Moment. Serce, które zabiło szybciej. Pytanie- "a może to właśnie to?" Odpowiedź, która kiełkowała aż wyrosła na zdecydowane "tak, to to".
Od listopada wyznaczając sobie cele. Listę z pozycjami do odhaczenia.
Kurs wizażu, spotkania w urzędzie, na Uniwersytecie medycznym, przymiarka do nowego bloga. Niby tyle już wiem, ale przecież żeby się udało potrzeba jeszcze tyle.
Szczęścia czasem myślę. Czy ja go mam aż tyle?
edit.
Nie wiem czy będę tu regularnie, a po ilości odwiedzin wiedzę, że zaglądacie tu dość często. Dziękuje.
Częściej jestem TU czyli na instagramie.
Lajla śpiąca na kolanach. Cisza w domu, lampki choinkowe rozwieszone na ścianie oświetlają puste wnętrze.
Miotając się w swojej bezczynności włączam laptopa i piszę.
Teraz i tu. Wiele razy próbowała już. Za każdym razem przerywając po dwóch zdaniach. Nie umiem? Nie chcę? Boję się?
Tkwię w niepewności, wiecznym czekaniu. A brak dostatecznej ilości cierpliwości czyni mnie wysoce płochliwą istotą. Chciałoby się już. A jak nie już to przynajmniej chciałoby się mieć pewność, że TO się uda.
TO. Wielka tajemnica, która już nie długo zostanie odkryta.
Niby nic wielkiego a dla mnie tak cholernie ważnego.
Ów cel którego tak uparcie szukałam. I znalazł się. W zwyczajny czerwcowy wieczór. Moment. Serce, które zabiło szybciej. Pytanie- "a może to właśnie to?" Odpowiedź, która kiełkowała aż wyrosła na zdecydowane "tak, to to".
Od listopada wyznaczając sobie cele. Listę z pozycjami do odhaczenia.
Kurs wizażu, spotkania w urzędzie, na Uniwersytecie medycznym, przymiarka do nowego bloga. Niby tyle już wiem, ale przecież żeby się udało potrzeba jeszcze tyle.
Szczęścia czasem myślę. Czy ja go mam aż tyle?
edit.
Nie wiem czy będę tu regularnie, a po ilości odwiedzin wiedzę, że zaglądacie tu dość często. Dziękuje.
Częściej jestem TU czyli na instagramie.
![]() |
| Pierwszy śnieg Lajli |
czwartek, 18 grudnia 2014
Bo noc nie jest dniem, a dzień nie jest nocą.
Budzisz się w środku nocy.
Zdezorientowany swoją obecnością. Gdzie jesteś? Gdzie podziała się jasność dnia?
Szeroko otwierasz oczy. Noc. Cisza wpatrzona w Ciebie. Kołdra zroszona potem koszmaru przytłacza Twoje ciało.
Nieprzytomnie wstajesz. W półsennym letargu spoglądasz w lustro. Rozmazane kontury ludzkiej cielesności. Spoglądasz głębiej. Twarz. Niby Twoja a jednak... tak daleko obca!
Czy nadal śnisz?! Czy nadal wokół ciebie rozgrywa się senny spektakl?
Zastygasz w bezruchu przypominając skamieniały posąg. Upływający czas powoli kruszy bezwład nocy.
Minuty płyną. Ty oswajasz się coraz bardziej z krajobrazem mroku. Oswajasz się także z własnym istnieniem. Przytomniejszy lecz mało świadomy tego co dzieje się wokół.
Drżysz, cały drżysz. Chciałbyś coś powiedzieć, może nawet krzyknąć ale obawiasz się, że dźwięk Twego głosu będzie ci obcy. Że wydobywszy z siebie słowa zanurzysz się w na nowo w otchłani niewiadomych.
Uciec. Gdziekolwiek. Od wszystkiego. Od siebie samego.
Biec, biec... i tylko biec. Te myśli się kłębią. Niczym mole wżerają się w szaty Twego umysłu. Niszczą, dziurawią.
Myśli nie Twoje a jednak twoje, bo biesiadujące w twej głowie. Obłęd. Czujesz jak trącisz się o jego ściany. Szukając równowagi - tracisz oddech.
Gdzie jesteś? Gdzie podziała się jasność dnia?
Dlaczego płaczesz? Przecież kładąc się do snu, czując bliskość Jej ciała, czułeś szczęście.
Dlaczego chcesz uciekać? Skoro kładąc się do snu zasypiałeś we własnym domu.
Ukłucie serca. Pytania bombardują z naddźwiękową prędkością.
A Ty stoisz wciąż pośród tej dziwacznej nicości. Pytania degradują Cię.
"Obudź się", myślisz, obudź zanim głosy zburzą każdy filar twego jestestwa.
I tejże chwili słyszysz łagodny, cichy ptasi śpiew dochodzący zza okien.
Noc chowa się przed nadchodzącym słońcem. Tak jakby jasność dnia zwyciężała; każdego ranka.
Uspokajasz się.
W lustrze rozpoznajesz siebie. Uśmiechasz się.
Wracasz do łóżka, do niej.
Już wszystko będzie dobrze,
Bo noc nie jest dniem, a dzień nie jest nocą.
sobota, 6 grudnia 2014
Niezrozumiana.
Strzępki myśli zapisane na skrawkach papieru. Kłębki emocji zamknięte w tychże słowach.
Nieudolne odzwierciedlenia duszy. Nieudolne, bo jak przecież za pomocą szeregu liter nakreślić prawdziwość uczuć?
To tylko słowa. I może i zdobne, doskonale dobrane, to i tak ich ulotność jest zdumiewająca w porównaniu z tym co osiedliło się w mym wnętrzu.
Konstrukcja anatomiczna to coś więcej aniżeli splot tkanek czy mięśni. Połączenia nerwowe, bodźcie, impulsy. Neuroplastyczność mózgu doprowadzająca niekiedy to totalnej konfuzji.
Co dzień zaczynając na nowo. Co dzień ciągnąc za sobą swój żywot. Cielistość wyborów popędzana tymi samymi schematami. Prowizoryczność ich doskonałości zdumiewa. Nawet mnie samą niekiedy.
Błądzę. Uparcie błądzę dążąc do celu.
Tylko czym jest ów cel? Jaką przystanią, jaką stałością by móc zatrzymać się i żyć w poczuciu spełnienia.
Odetchnąć na chwilę. Tylko po to by w następnej sekundzie zapętlić się z powrotem w pajęczynę powinności i chorych ambicji.
Ambicji, o litości, i takie zamieszkują we mnie.
Ciało. To samo od urodzenia, przynależne wyłącznie do mnie.
Topografia. skala 1:1. Krajobrazowość trąci realizmem. Pasma nizinnych dolin krzyżujące się z wyżynami krągłości.
To samo ciało, a jednak jak płynąca rzeka zmienne.
Obce, oswojone. Piękne, karykaturalne.
Umysł. Igrający z sercem. Rozległe pole zasiane przedziwną roślinnością. Gdzie dzikość miesza się ze swojskością. A lęk przewiązany jest bezpieczeństwem.
Wolność, o ile można rzec, że istnieje, niczym bluszcz wije się po filarach rozumowania.
Przejrzystego, logicznego. Brudnego i chaotycznego.
środa, 19 listopada 2014
huraganowy wiatr.
Teraźniejszość obita bezpłciową tkaniną.
Bez mieniącego się aksamitu. Bez lekkości satyny.
Bezsensowność na palecie barw zabrudzona mdłą, rdzawą nudą.
Gdzie się podział huraganowy wiatr, co porwać miał.
M n i e
w życia wir.
Czas.
Zaszyty rozczarowaniem.
Głęboko.
Walę głową
w rozwichrzony pył.
I na jakiś czas zakrywam się
próbuję,
nie umiem.
Bez mieniącego się aksamitu. Bez lekkości satyny.
Bezsensowność na palecie barw zabrudzona mdłą, rdzawą nudą.
Gdzie się podział huraganowy wiatr, co porwać miał.
M n i e
w życia wir.
Czas.
Zaszyty rozczarowaniem.
Głęboko.
Walę głową
w rozwichrzony pył.
I na jakiś czas zakrywam się
próbuję,
nie umiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







